Z pamiętnika młodego kuracjusza cz.3/3 – przygoda w Sanatorium

Sanatorium kojarzy Ci się z nudą, krzyżówkami i „kuracjuszami 70+”? To zapnij pasy, bo ten turnus to bardziej serial z wątkiem komediowo-romantycznym niż spokojne wczasy pod kroplówką.

Już od pierwszego dnia czekają tu błotne burrito z borowiny, jacuzzi bez prosecco, wieczorki „zapoznawczo-poruchawcze”, sanatoryjne radio ploteczka i niekończące się spacery po Połczynie-Zdroju – oczywiście z telefonem w roli aparatu fotograficznego w każdej kieszeni. Zapraszam na trzecią i ostatnią część „Z pamiętnika młodego kuracjusza”.

Huawei Mate X7 1502 Technosenior

Z pamiętnika młodego kuracjusza Dzień 1-14

Z pamiętnika młodego kuracjusza Dzień 15

Drogi pamiętniczku, nawet nie wiem kiedy to minęło… Dajesz wiarę? Już dwa tygodnie sanatoryjnej przygody za mną. Ciałko coraz sprawniejsze po basenowych akrobacjach🥳, bąbelkach w wannie🛀, prądach, tubach magnetycznych, masażach i borowinowym błotku🤸🧘, a głowa wreszcie zaczyna naprawdę odpoczywać. 🥰 To ten moment turnusu, kiedy zaczyna się czuć prawdziwą zmianę – i to taką bardzo na plus. Nagle mniej boli, łatwiej się oddycha, a myśli są jakby lżejsze.
Dziś było spokojniej, trochę to też wina dzisiejszej pogody (niestety nie dopisuje) 🥺. Zatem po południu była dobra galaretka, dobra herbata i przede wszystkim dobre towarzystwo. Tak dobre, że łapię się na tym, iż pół dnia chodzę bez telefonu i zapominam o ciągłym pikaniu powiadomień. I… wcale mi tego nie brakuje. Polecam taki reset z całego serca.
Coraz częściej myślę, że to nie przypadek, że właśnie tu trafiłam na tych konkretnych ludzi. Kiedyś przeczytałam zdanie: „Nie ma przypadkowych spotkań i ludzie też nie stają na drodze naszego życia, ot tak. Każdy człowiek zostaje nam dany po coś, aby czymś nas ubogacić, dopełnić, coś pokazać czy uświadomić.” 🤗
I wiesz co, pamiętniczku? Chyba coś w tym jest. Moje sanatoryjne towarzystwo naprawdę dopisało – rozśmiesza, uspokaja, odciąga od telefonu i codziennych spraw. Muszę chyba częściej wpadać w taki stan “offline dla świata, online dla ludzi obok”. Co Ty na to, drogi pamiętniczku? 🥰

Z pamiętnika młodego kuracjusza Dzień 16

Drogi pamiętniczku, przyznaję się bez bicia – dziś oficjalnie zgrzeszyłam dietetycznie 😂. Zjadłam całe dwa pączusie 😋. Jeden kupiłam w sklepiku sanatoryjnym, a drugi dorzucono nam jako deser do obiadu. Szaleństwo na pełnej glazurze 🤣🥳. Od ponad dwóch tygodni siedzę tutaj na diecie przy dedykowanym stoliku, gdzie wszystko jest gotowane, lekkie i bardzo “dla zdrowotności”. Przez ostatnie dwa dni zastanawialiśmy się, czy w Tłusty Czwartek też dostaniemy pączka, czy może w zamian rzucą nam na talerz jakąś kluskę na parze w lukrze 😂. Nie ukrywam – i z kluski bym się ucieszyła, ale Tłusty Czwartek jednak zobowiązuje 🥳. Finalnie pączki były – prawdziwe, świeże i szybko znikające. A że dziś miałam sporo wodnych atrakcji – ćwiczenia basenowe i masaż w wannie – to uznajmy, że woda wyciągnęła ze mnie wszystkie “grzechy” i kalorie 💦. Po takim dniu spokojnie mogę udawać, że tych dwóch pączków wcale nie było 🤭.

To jednak nie koniec atrakcji, bo dziś w sanatorium był też dzień z kulturą. W naszej kawiarni odbył się koncert operetkowy – na scenie wystąpił duet małżeński: Dorota Ujda‑Jankiewicz (sopran) i Andrzej Jankiewicz (tenor), m.in. z przebojem „Usta milczą, dusza śpiewa” z „Wesołej wdówki” Franza Lehára. Godzina minęła jak chwila – piękne głosy, lekkość, humor i ta magia, która sprawia, że człowiek nagle zapomina, że siedzi w sanatoryjnej kawiarni, a nie w filharmonii 🥰🤗. Niestety nie wolno było zrobić nawet jednego zdjęcia na pamiątkę, więc zostaje mi tylko link z sieci, żeby móc kiedyś wrócić do tych dźwięków:

I tak upłynął dzisiejszy dzień – między pączkiem, basenem a operetką. Widzisz, pamiętniczku, nawet w sanatorium można nakarmić i ciało, i ducha. A jutro… piątek trzynastego. Czy mam się martwić, czy po prostu nastawić się na kolejną porcję przygód? 🫣😂

Z pamiętnika młodego kuracjusza Dzień 17

Drogi pamiętniczku, borowinowe błotko naprawdę potrafi uzależnić 🤣. Ale to takie uzależnienie, na które lekarz spokojnie mógłby wystawić receptę na stałe. Dziś miałam przedostatni okład… Jeszcze tylko poniedziałek i koniec tego błotnego romansu 🥺. Kto nigdy nie próbował takiej dobroci, ten koniecznie powinien! 20 minut mija w sekundę, a ciałko z każdym dniem staje się coraz sprawniejsze i jakby lżejsze 🥳.
W sanatorium można też kupić całe bogactwo borowinowych kosmetyków – i oczywiście… przepadłam 😂.

Dobrze, że wracam samochodem, bo jak napadłam na sklepik, to wyszłam z torbą skarbów: balsamy, kremy, sole do kąpieli, płyny, błotko do okładów i inne “cudeńka na lepszy wieczór”. Już widzę te moje domowe rytuały: ja, wanna, borowina i święty spokój 🤣. Oj, rozmarzyłam się… 🥰Póki co jednak wciąż jestem tu i korzystam z sanatoryjnych dobroci.

Dziś oprócz błotka były jeszcze akrobacje basenowe, łóżko wodne i tuba magnetyczna – wszystko ogarnięte jeszcze przed obiadem 💪. A na obiad… barszcz ukraiński i kotlecik mielony z ryby, do tego ziemniaczki i warzywa. I – uwaga, uwaga – pierwszy raz bez dodatkowej lawiny sosów! 🥳 Zdrowotnie, konkretnie i naprawdę smacznie. Po obiadku krótka drzemka “dla zdrowotności”, a potem spacer po mieście z moją stałą towarzyszką wypraw. Odwilż zrobiła swoje – trochę mokro, ale przynajmniej nie było ślisko 🫣.

Odwiedziłyśmy stado kaczek na rzecze (jak zawsze w gotowości do karmienia, nawet jeśli nikt nic nie przyniósł 🤣), a potem… oczywiście zakupy. Niby sanatorium, a człowiek i tak w trybie “ciągle coś” 😂. Trafiłyśmy na uroczy domek z lokalnym miodem i różnymi pierdołkami. I wtedy je zobaczyłam – maleńkie żabki z 1 groszem w łapkach na szczęście. No przecież musiałam je mieć 🤣. Szczęścia, pieniędzy i miłości nigdy za wiele, a jak jeszcze pilnuje tego mała żaba, to już w ogóle nie ma dyskusji.

Wieczorem punktualnie o 17 – kolacja, a po niej tradycyjne pogaduchy przy zimowej herbatce i galaretce z najlepszą ekipą w sanatorium 🥳. Omawialiśmy oczywiście najnowsze wydanie “Radia Sanatoryjnego”: kto już się pakuje, kto szuka transportu do domu, kto jest wiecznie niezadowolony, kto i jakie skargi zgłaszał, no i – obowiązkowo – gdzie kogo dziś najbardziej boli 🤣. I tak sobie beztrosko mija czas, mój drogi pamiętniczku. Między błotkiem, herbatką, śmiechem i małymi zakupami. To naprawdę jest fajny, dobry czas 🥳 🥳. Słodkich snów 🌛🥰.

Z pamiętnika młodego kuracjusza Dzień 18

Drogi pamiętniczku, czas powoli zacząć odliczanie dni do końca turnusu i powrotu do domu… Oj, będzie ciężko 🫣 Człowiek szybko się przyzwyczaja do życia w rytmie: zabiegi – stołówka – ploteczki – spanie 🥳. Jedzenie pod nos, plan dnia rozpisany, tylko chodzić, leżeć i zdrowieć 🤣.
Dziś miałam tylko trzy zabiegi: akrobacje w basenie z wodą solankową, hydromasaż w wannie pełnej bąbelków i sesję w tubie magnetycznej. Wszystko ogarnięte jeszcze przed obiadem, więc mogłam z czystym sumieniem rozpocząć sobotnie lenistwo 🙃. Obiad – klasyka sanatoryjna: zupa jarzynowa, gotowany schabowy z ziemniakami i brokułami. I oczywiście… wszystko zalane sosem 🙄. Nie wiem, co oni tu mają z tą manią sosową.

Raz czy dwa – super. Codziennie – człowiek zaczyna widzieć ten sos nawet we śnie. Kilka dni temu poprosiłam wersję bez, dostałam – było idealnie. Następnego dnia znowu powódź na talerzu. Wczoraj odmówiłam drugiego dania, dziś też – aż w końcu przyszła do mnie sama szefowa kuchni 🫣. Efekt? Dostałam mięso i brokuły bez sosu i bez ziemniaków 🥳. Prosto, lekko, smacznie – zjadłam do ostatniego kęsa i pierwszy raz od dawna nic mi “bokiem nie wyszło” 😂.
Po obiedzie – długi spacer nad zalew z moją sanatoryjną towarzyszką. Ponad 3 km dreptania, śnieg znowu pięknie zasypał okolice i zrobiło się jak w zimowej baśni. Drzewa w bieli, ścieżki miękkie, cisza dookoła – taki mały reset dla głowy i płuc 🥰. Wróciłyśmy dokładnie po dwóch godzinach, idealnie na kolację o 17.
A wieczorem… walentynkowy klimat 💓. Z herbatką i ciastkiem zasiedliśmy w czwórkę w restauracji i obserwowaliśmy przybywających na wieczorkek taneczny. Panie wyjęły z walizek najlepsze kreacje, panowie poprawiali kołnierzyki i fryzury, a parkiet powoli zapełniał się parami – trochę jak sanatoryjna wersja “Tańca z Gwiazdami”, tylko bez jury i punktów 🤣. Był nawet jeden pan, który wszedł w kapciach i dopiero na sali zorientował się, że to nie ten poziom elegancji – szybko wrócił po buty, tłumacząc, że “to takie walentynki na luzie” 😂. My tym razem tylko patrzyliśmy, podsłuchiwaliśmy pierwsze “czy mogę prosić do tańca?”, podziwialiśmy energię naszych kuracjuszy i ruszyliśmy do swoich pokoi. Fajnie było popatrzeć, jak w tym całym sanatoryjnym leczeniu jest jeszcze miejsce na motylki w brzuchu, czerwone sukienki i delikatnie splecione dłonie.
Tu kończy się nasz dzień, ale nie kończy się jeszcze moja przygoda w sanatorium. Do środy mam jeszcze kilka dni na błotko, bąbelki, spacery i… obserwowanie przygód kuracjuszy z turnusu 🥳.

Z pamiętnika młodego kuracjusza Dzień 19

Drogi pamiętniczku, wreszcie wyszło słońce! ☀️. Już myślałam, że się nie doczekam takiego dnia, a tu proszę – miła niespodzianka. W nocy dosypało świeżego śniegu, więc cała okolica zrobiła się biała, miękka i pięknie iskrzyła w promieniach słońca. Prawdziwa bajka 😍. Trochę będzie żal opuszczać takie widoki, ale kto wie – może jeszcze kiedyś tu wrócę, może latem albo jesienią, żeby zobaczyć to miejsce w innych kolorach. Jak tylko zobaczyłam ten bajkowy krajobraz, zaraz po tradycyjnym śniadaniu porwałam moją towarzyszkę na długi spacer. Trochę ją przeciągnęłam po okolicy 🫣🤣. Wydreptałyśmy całe kółko – aż nad zalew do Borkowa i z powrotem drugą stroną prosto do ośrodka. W sumie 4,5 km i już przed obiadem licznik pokazał 11 tysięcy kroków 🙃.

Z takim apetytem rzuciłyśmy się na obiad jak nigdy 😂 . A po obiedzie – chwila regeneracyjnej drzemki i spotkanie z całą moją sanatoryjną ekipą na walentynkowym koncercie w kawiarni. Dziś specjalnie dla kuracjuszy wystąpił młody, bardzo zdolny tenor ze Szczecinka – Antoni Ostrowski, który śpiewa głównie repertuar klasyczny i operowy 😍. Koncert był kameralny, dokładnie taki, jakie lubię najbardziej – godzina minęła szybko i bardzo przyjemnie dla ucha 🤗🥳. No… przynajmniej dopóki część widowni nie postanowiła dośpiewywać razem z artystą 🙃. Jak niektórzy zaczęli nucić, to aż trzeszczało w uszach – że też nie wszyscy słyszą, jak potrafią kaleczyć dźwięki 😂.

Bystre oko mogło też wychwycić mały walentynkowy wątek. Jedna z kuracjuszek przy stoliku przed nami co chwilę rzucała zalotne spojrzenia w stronę samotnego pana po drugiej stronie sali. I w pewnym momencie zobaczyłyśmy na jej telefonie, że nagrywa… właśnie jego, a nie śpiewającego artystę 🤭. Czyżby to była niespełniona sanatoryjna miłość? Kto wie – może jej “ulubiony utwór” tego dnia siedział właśnie przy tamtym stoliku.
Przy okazji koncertu przypomniała mi się poranna anegdotka. W drodze na śniadanie spotkałam jedną koleżankę ze stolika z jej współlokatorkami – wszystkie pięknie wystrojone w najlepsze sukienki.

Pytam więc, czy przypadkiem nie pomyliły dni i zamiast wczoraj, to dziś idą na polowanie 😂. Odpowiedź? “Ale tu już nie ma na co polować, zostały sami szuracze”. Na początku konsternacja – kto to ten “szuracz”? Okazało się, że to pan, który ledwo porusza nogami i tylko tak smętnie nimi szura po podłodze 🤣. I tak nauczyłam się nowego, sanatoryjnego słówka, a nasza ekipa miała z tego ubaw do końca dnia.
Tak minęła ta leniwa, a jednocześnie bardzo wesoła niedziela. Jutro wracam do zabiegów – to już ostatnie dwa dni i czas powrotu do rzeczywistości…Słodkich snów, mój pamiętniczku 🌛🥰😘

Z pamiętnika młodego kuracjusza Dzień 20

Drogi pamiętniczku, powoli czas zacząć się pakować, bo za dwa dni wracam do rzeczywistości… Oj, będzie trudno, bardzo trudno 🫣. Ale takie już jest życie – nawet najlepsze turnusy kiedyś się kończą.
Dziś miałam ostatnie okłady błotkiem. Dostałam tak gorący kompres, jak jeszcze nigdy – chyba specjalnie na pożegnanie, żebym długo pamiętała te przyjemności 😂. 20 minut błogiego leżenia w gorącej borowinie i ruszyłam dalej w dobrze znany już maraton zabiegowy. Była wanna z bąbelkami (wciąż bez szampana, co uważam za poważne niedopatrzenie sanatorium 🙃) i akrobacje w basenie – tym razem w mini ekipie, bo tylko 5 osób. Idealnie: mniej ludzi, więcej swobody, więcej śmiechu.
Po obiedzie – krótkie lenistwo, a potem mój ostatni masaż w SPA. I tu zaczęły się przemyślenia: co by było, gdyby część tych rytuałów przenieść do zwykłego życia? Może nie codziennie, ale taki masaż raz na tydzień, basen od czasu do czasu, dzień bez mediów społecznościowych co jakiś czas, trochę więcej słuchania siebie niż powiadomień… Myślisz, pamiętniczku, że dam radę? Czy za chwilę rzucę się w wir codzienności i wszystko wróci do starego schematu? Pożyjemy, zobaczymy 🥳🫣.
Wieczorem, po kolacji, usiedliśmy z moją ekipą na ostatni wspólny wieczorek przy herbatce, winku i czymś słodkim. U mnie – tradycyjnie galaretka 🤣. Ostatni raz przerobiliśmy najnowsze wydanie “Radia Sanatoryjnego”: kto wyjeżdża, kto zostaje, kto już spakowany, kto wciąż szuka transportu, kto co zgłaszał i co go boli. Było dużo śmiechu i trochę takiej cichej tęsknoty na zapas. W końcu rozeszliśmy się do swoich pokoi – trzeba było zdążyć przed strażniczką 😂. Będzie mi brakowało tych codziennych pytań na dobranoc: “Jak się pani czuje? Czy wszystko w porządku? Dobrej nocy”. To niby drobiazg, a robi ciepło na sercu 🌛👋. Jutro jeszcze ostatnie wspólne śniadanie – moja ulubiona ekipa rusza do domów, a na ich miejsce zaczną zjeżdżać się nowi kuracjusze. Oni jeszcze nie wiedzą, co ich czeka 😂. A czeka ich naprawdę wiele fajnych dni. Jutro też będzie mój ostatni sanatoryjny wpis. W środę ruszam w drogę do rzeczywistości – ponad 500 km trasy, na samą myśl trochę mi się nie chce 🫣. Ale to jeszcze chwila.Tymczasem – dobrej nocy, mój pamiętniczku 🌛🥰

Z pamiętnika młodego kuracjusza Dzień 21 (ostatni)

Drogi pamiętniczku, stało się. Dziś oficjalnie kończy się moja sanatoryjna przygoda. Walizka prawie dopięta, plan zabiegów skreślony do ostatniej linijki, a w głowie miesza się radość z tym lekkim ściskiem w serduchu 💗💓🥳💓💗. Rano – jeszcze ostatnie zwyczajne-niezwyczajne śniadanie z moją ekipą. Ten sam stolik, te same kubki, a jednak wszystko jakieś inne, trochę pożegnalne. Po śniadaniu ostatnia wizyta u lekarza: szybki przegląd, kilka pytań, kilka rad na dalsze dbanie o siebie i oficjalne “może pani wracać do świata – nadaje się” 😂. Potem zaczęło się odhaczanie “ostatnich razów”.
Najpierw tuba magnetyczna – moje 10 minut kosmicznego odpoczynku, w którym człowiek niby nic nie robi, a organizm ciśnie sobie cichy reset.
Potem łóżko wodne – ostatnie bujanie jak na spokojnym morzu, bez fal, za to z przyjemnym ciepełkiem. Gdyby to łóżko miało opcję “zabierz do domu”, pewnie musiałabym kupić bagażnik dachowy 🤣🥳.
Po zabiegach przyszła pora na to, czego wcale nie miałam ochoty robić – pożegnania. Ostatni uścisk z moją stołówkowo-sanatoryjną ekipą i żarty o tym, że “jeszcze się spotkamy na jakimś wspólnym turnusie”.
Tak sobie myślę, że naprawdę mam szczęście do ludzi – bo trafiłam tutaj na takich, z którymi można było i się pośmiać, i wypłakać, i pomilczeć przy herbacie i galaretce.🤗🥳🥰🤗🤪😜😝.
Na koniec ćwiczenia w basenie solankowym – czyli akrobacje w wodzie. Mała grupa, znajome twarze, kilka żartów z instruktorem i ten moment, kiedy wiesz, że ciało naprawdę działa lepiej niż trzy tygodnie temu.
Tradycyjnie o 13:00 obiad, ale już bez mojej ekipy 🥹. Przybyła nowa krew 🤣 i dzięki temu dostałam pieczonego kurczaka na koniec z marchewką i ryżem, a nie gotowanego i paskudny sos 🥳. Taki miły akcent jedzeniowy na koniec.
Wieczorem jeszcze jedna atrakcja “na dokładkę” – basen, jakuzzi i sauna dla relaksu. Niby nic wielkiego, a człowiek ma poczucie, że dopieszcza każdy kawałek siebie od stóp po dłonie. Idealna kropka nad “i” całej kuracji.
Pozostało jeszcze krótkie podsumowanie.
Co dał mi ten turnus – na plus:

  •  Lepsze ciało – mniej bólu, więcej luzu w plecach i stawach, więcej siły i sprawności (borowina, solanka i ruch robią robotę 🥰).
  • Odpoczęta głowa – mniej powiadomień, więcej spacerów, mniej scrollowania, więcej rozmów twarzą w twarz.🥰😍
  • Nowe rytuały – drzemki bez wyrzutów sumienia, spacery “tak po prostu”, wieczory bez telefonu w dłoni. 🛀🛌
  • Ludzie – cudowna ekipa, historie, które zostaną we mnie na długo, i świadomość, że w każdym wieku można zaczynać od nowa.🤪😜😝

Co na minus (żeby nie było, że tylko słodko)

  • Zarazki – sanatoryjna grypa krążąca po korytarzach to jednak nie jest atrakcja, którą polecam 🫣
  • Sosy do obiadu – gdyby można było wprowadzić limit “max 2 razy w tygodniu”, świat byłby piękniejszy 🤣
  • Tęsknota – za domem, za własnym łóżkiem, ale też za ludźmi, których zostawia się tu po trzech tygodniach jak małą tymczasową rodzinę.

Moje rady dla przyszłych kuracjuszy

  • Nie bierz za dużo eleganckich ciuchów – i tak połowę czasu spędzisz w szlafroku i dresie.🛀🛌
  • Weź wygodne buty i chodź jak najwięcej – spacery robią tak samo dobrze jak zabiegi.🚶🚶
  • Słuchaj lekarza, ale też swojego ciała – jak jesteś chory, odpuść basen, jak coś cię niepokoi, zapytaj drugi raz.🤧😷
  • Nie wstydź się ludzi – zagadaj przy stoliku, na korytarzu, w kolejce do zabiegów. Najlepsze wspomnienia robią właśnie rozmowy i wspólne głupawki. 🤓🤠
  • Rób przerwy od telefonu – jeden dzień bez social mediów od czasu do czasu naprawdę działa jak małe SPA dla mózgu.
  • Jeśli polubisz borowinę czy solankę – dopytaj o kosmetyki i formy “na wynos” 🤗. Fajnie potem w domu jednym zapachem przywołać sobie ten czas.

A jutro… ponad 500 km powrotu do rzeczywistości. Trochę mi ciężko na samą myśl, ale wierzę, że herbata, dobra muzyka i wspomnienia z tego turnusu pomogą mi bezpiecznie i szybko wrócić tam, gdzie czekają moje codzienne sprawy.

@dkisiala

Drawski Park Narodowy w Połczynie-Zdrój 📷 #huaweimatex7

♬ Eternal Calm – Cyber Soundscapes

@dkisiala

Drawski Park Krajobrazowy Połczyn-Zdrój 📷#huaweimatex7

♬ peace in the soul – Point of light

Diana (Technosenior)

Zobacz również:

Źródło zdjęć: Tech Lady Explorer (Technosenior).

Kontakt

Zapraszamy do kontaktu: redakcja(at)technosenior.pl

Odkryj więcej z TECHNOSenior

Zasubskrybuj już teraz, aby czytać dalej i uzyskać dostęp do pełnego archiwum.

Czytaj dalej